Strona:PL May Nad Rio de la Plata.djvu/461

Ta strona została skorygowana.
—   427   —

wierzchnią wody, można byłoby puścić w ruch maszynę i dać kontr-parę dla cofnięcia okrętu w tył. Rozbić siekierami pierwsze pole tratwy dla osadzenia statku w wodzie? — to znowu trwałoby zbyt długo, i okręt w razie przedziurawienia mógł lada chwila pójść na dno.
Wszyscy prawie podróżni byli już na pokładzie, i zapanowało wśród nich niesłychane zamieszanie oraz trwoga, — trzeba więc było wszcząć akcyę ratunkową natychmiast.
Podszedłem do mego gniadosza, który leżał wciąż obezwładniony na pokładzie, i ku wielkiej mej radości przekonałem się, że nic mu się nie stało, tylko go deszcz sprał niemiłościwie. W okamgnieniu odwiązałem go i uwolniłem nogi z powrozów. Zerwał się natychmiast z ziemi, wstrząsnął sobą kilka razy i począł parskać. Poprawiłem gurty u siodła i, zwracając się do młodego indyanina, spytałem:
— Umiecie pływać?
Odpowiedział mi niemym twierdzącym ruchem głowy, poczem wskazał ręką matkę, jakby chciał wyrazić zwątpienie, czy zdoła przenieść ją do brzegu.
— Wezmę ją — rzekłem — i przewiozę na koniu.
Słysząc to, przystąpił do mnie ów elegancki pan, co się zachwycał mymi strzałami, i rzekł:
— Mam bardzo ważne papiery i boję się, by mi nie zamokły. Czy nie byłby pan łaskaw wziąć je ze sobą na brzeg? Ja puszczę się wpław.
Na moje przyzwalające skinienie głowy oddał mi napełniony portfel. Schowałem go do kapelusza, który po włożeniu na głowę przewiązałem dla bezpieczeństwa chustką pod brodę, a wskoczywszy na siodło, zabrałem Indyankę, którą mi syn jej pomógł przyjąć na konia.
Był już wielki czas opuścić statek. Zrozpaczeni podróżni poczęli się tłoczyć na pokładzie, lamentując i krzycząc w niebogłosy. Brat Hilario rzucił się był już wpław, a za nim yerbaterowie i elegancki pan z murzynem. Zjechałem na tył statku do miejsca za-