Strona:PL May Nad Rio de la Plata.djvu/466

Ta strona została skorygowana.
—   432   —

prowadził mego gniadosza, który miał prawo być obrażonym, że zdegradowałem go do roli zwierzęcia jucznego.
Okolica była z początku bardzo urozmaicona. Tu i ówdzie zdobiły ją grupy drzew mimozowych oraz rzadko rosnących krzaków, które nam wcale nie utrudniały drogi. Młody Indyanin znał doskonale teren i wymijał prawie na pamięć zdradliwe laguny i trzęsawiska.
Niebawem weszliśmy w las mimozowy, którego drzewa, nie dochodzące dziesięciu metrów wysokości, odosobnione na pewną odległość jedno od drugiego i pokryte od dołu do wierzchołków pnącemi roślinami, budziły w nas podziw przepysznemi swemi sylwetkami. Burza i tu poczyniła pewne szkody, i niektóre z drzew leżały wyrwane z ziemi wraz z korzeniami; zauważyłem też wiele połamanych od szalonej wichury gałęzi. W tej chwili jednak dopisywała nam śliczna pogoda, i słońce wyjrzało z poza resztek chmur, wesołe i uśmiechnięte.
W drodze gawędziłem cały czas z bratem Hilario, a oficer, idący obok mnie, choć słyszał całą naszą rozmowę, nie mieszał się jednak do niej, i dopiero, gdy braciszek wspomniał imię majora, oficer zapytał żywo:
— Cadera? Panowie go znają?
— Znamy, tylko oczywiście niewiadomo, czy to ta sama osoba, o której pan myśli — odrzekł brat Hilario.
— Z pewnością ta sama, bo tylko jeden-jedyny człowiek nosi to nazwisko. Czy panowie są jego przyjaciółmi?
— Nie, sennor. Nie jesteśmy ani jego przyjaciółmi, ani też wrogami; major Cadera jest osobistością najzupełniej dla nas obojętną.
— Ale go panowie znają, i byłbym bardzo obowiązany, gdybyście mi udzielili bliższych o nim wiadomości.
— Daruje pan, że odmówię jego prośbie — rzekł