Strona:PL May Nad Rio de la Plata.djvu/537

Ta strona została skorygowana.
—   499   —

— Owszem. Obiecuję panu, że obaczysz mordercę swego brata...
— Co pan mówi? Czyżbyś miał już teraz jakie o nim wiadomości?
— Mam i udzielę ich panu.
— Sennor! nie wytrzymam z ciekawości. Proszę przynajmniej wymienić mi jego nazwisko.
— Pan mi je sam niedawno wymienił.
— Ja wymieniłem? Nie przypominam sobie tego.
— Niech pan po myśli nieco...
— A więc... hm!... Wspominałem o tym starym strzelcu, który podobno umarł. Ale nazwiska jego sam nie znam. Kazał się tytułować „gambusino“.
— Ależ nie ten. Wspominał pan też o innym, który podobno zna całe Andy, jak nikt inny w tym kraju.
— Czyżby Geronimo Sabuco?... Nie, sennor! tegobym nigdy nie przypuścił...
— Dlaczego?
— Myli się pan zapewne! Sendador i morderca? Toż człowiek ten narażał tysiące razy swoje życie w celu ratowania bliźnich!
— A jednak to nie zmienia mego przekonania o nim. Są ludzie, na oko zacni i szlachetni, a w gruncie rzeczy skończone łotry. Pan go ani widziałeś, ani go znasz, i stajesz w jego obronie!
— Bo wiem, jaką opinią cieszy się ten człowiek w całym kraju. Czy ma pan pewne podstawy do podobnych podejrzeń?
— Nie mówmy teraz o tem...
— Przepraszam! musimy o tem mówić, bo mię ciekawość zadręczy.
— Później, sennor Gomarra! Teraz chciałem tylko dać panu do zrozumienia, że mogę się mu wywdzięczyć za uczynioną nam przysługę.
— Ależ ja ze skóry chyba wyskoczę, skonam z niecierpliwości!
— Wobec tego pośpiesz się pan i jak najprędzej