Strona:PL May Nad Rio de la Plata.djvu/540

Ta strona została skorygowana.
—   502   —

bujną trawą, a o kilka kroków przed nami trawa ta miała inną barwę, i można było odrazu wywnioskować, że mamy przed sobą trzęsawiska.
Zsiadłem z konia, ażeby się o tem dowodnie przekonać, ale Gomarra krzyknął:
— Uważać, sennor! ani kroku dalej, gdyż zapadnie pan w niezgłębione trzęsawisko!
Zaraz też naocznie się przekonaliśmy, jakie groziło nam niebezpieczeństwo. Poprzedni nasz bowiem przewodnik, zrzuciwszy z siebie ubranie i przewiązawszy się popod pachy lassem, którego drugi koniec pozostał w ręku Montesa, puścił się na trzęsawisko, — lecz zaledwie postąpił dwa kroki, ugrzązł po pas, a w następnej chwili znikł zupełnie pod powierzchnią, i dopiero z wielkim wysiłkiem udało się nam wydobyć go z tej osobliwej kąpieli. Próbę taką przedsięwziął po obu stronach wązkiej ścieżki, na której się znajdowaliśmy, jakby na grobli, co było dla nas dostateczną wskazówką, ze nie można z niej zboczyć ani w lewo, ani w prawo, tylko postępować naprzód albo się cofnąć.
Oczywiście musieliśmy jechać jeden za drugim gęsiego. Gomarra był na samym przodzie, ja za nim, potem szedł luźny koń, a dalej jeden jeździec, znowu koń — i tak dalej. Szerokość tej osobliwej grobli między dwoma bagniskami nie przechodziła metra i ciągnęła się w zakrętach o wiele dalej, niż sobie wyobrażałem. Mogłaby ona na całej swej długości zmieścić ścigających nas czterystu żołnierzy, gdyby puścili się gęsiego naszymi śladami, i w takim wypadku moglibyśmy ich wszystkich zamknąć na owym przesmyku z obu końców: my od rzeki, a żołnierze pułkownika od stepu.
Osobliwa ta dróżka nie była zresztą twarda; miejscami konie grzęzły na niej po kolana. Ale przebyliśmy ją szczęśliwie, wydostając się na obszerną polanę tuż nad samą rzeką. Dokoło rosły drzewa i krzaki. Chciałem na tej polanie zatrzymać towarzyszów, aby czekali tu naszego powrotu, ale Gomarra rzekł: