Strona:PL Miciński - Dęby Czarnobylskie.djvu/136

Ta strona została przepisana.

warte jakby w trójkącie, wszystkie odrębne i straszne. W jednej ręce trzymało bożyszcze węża czy jakiś symbol rozrodny — trudno poznać. Ściany zaczęły się przed nim zlewać i niknąć.
Po chwili, na czarnym tle, zarysował się obłoczek lekki, niby kurzawa. Ołaj poczuł wiejący lodowaty chłód; obłoczek się zbliżał, zaczął go otaczać sinemi kłębami, potem wydłużał się i gęstniał, aż wreszcie zarysowała się postać ludzka. Zbliża się do Ołaja, włosy długie spadają na habit klasztorny, w ręce jednej trzymała książkę Objawień — druga wyciągnięta ku niemu.
Poznał tę kobietę, która oczy nieruchome, rybie, utkwiła w niego. Pot zimny wystąp pił mu na czoło — ona zaś patrzyła lodowato, wreszcie zachichotała.
— To ja — poznajesz — to ja, twoja Ania, którą utopiłeś. Jakiś ty był głupi, poco mnie było życia pozbawiać — miałbyś mnie teraz przy sobie — rozgrzewałabym ci łóżko — chi, chi!
— Idż precz — mruczał Ołaj — rekiny musiały cię dawno strawić; poco tu przychodzisz?
— Stary — zachichotała znów cicho — a gdyby Ioanna miała kochanka, cobyś zrobił?
— Zabiłbym ją, utopił, jak ciebie...