Strona:PL Miciński - Kniaź Patiomkin.djvu/60

Ta strona została przepisana.
AKT TRZECI.
(Weranda bogato urządzonego pokoju. Wielka portyera zakrywa widok na miasto — i odsłania morze ze światłami w dali — niebo mroczne zachmurzone. W ciszy zegar. Wchodzi żona Szmidta — w ciemności słychać tylko jej szlochanie. Wreszcie zapala świeczki przed ołtarzykiem św. Mikołaja. I wtedy widać nieładną twarz kobiety ubranej czarno z zapłakaną twarzą. Zaplotła ręce, stoi w niemocy. Wchodzi służąca Dunia.)

Dunia: Pani złota, a? może by tu grobik ustawić?
Pani Szmidt (szlocha): Boże mój, chyba Ciebie niema?!
Dunia: Do Jezusa poszło na służbę. Widać was Panieczko bardzo On kocha — bo Pana to nie tak obejdzie.
Pani Szmidt: Mąż mój wróci zaraz — nie należy zwlekać, ustaw tu trumienkę — niech ujrzy ją taką piękną — dziecinkę moją — tylko cicho, nie obudźmy Iriny — doktór mówił; że to kryzys —
Dunia: W żarze bredzi, gorączka jak w piecu — te rączęta biedne, czerwone, łuską pokryte, wyciąga, szukając tatusia. Ona go najwięcej lubiła — i nie może mu dziecko przebaczyć, że go nie widzi —
Pani Szmidt: Straszne to wszystko — groza w powietrzu — zda się że widzę jędze, które w główeczkę dziecka wbijają szpony ostre, trujące — oh, jakie straszne —
(Układają dziecko w trumnie).