Strona:PL Miciński - Xiądz Faust (low resolution).djvu/162

Ta strona została przepisana.

Ksiądz odwrócił się do tej niespodzianej słuchaczki i rzekł stłumionym głosem:
— Ku swej niedoli wysłuchałaś straszną opowieść, którą miałem Ci zapisać dopiero w mym testamencie! Zapomnij! —
Ona jakby pod ciężką ręką woli tego starca chyliła się, lecz w jednym momencie podniosła wzrok:
— Niedoli? — rzekła — obce mi jest to słowo. Umarłam — i jestem już niezależna od mej przeszłości.
W Piotrze rozbłysnął piorun najwyższego entuzjazmu, którym otoczył ją niby magnetyczną aura swego upojenia.
Milczał, jakby wśród burzy ujrzał lecącą na błyskawicy Walkirję — wiedząc, iż za moment ją utraci. Lecz wtedy będzie sam już półbogiem.
— Wspomniałem waćpanu lub może nie wspomniałem, jest to wnuczka moja przybrana, córka pani Begleniczy i Konrada, Peruwjanka, która młodość spędziła wśród Indjan. Mówi dobrze po polsku. U mnie nie tak dawno... Odebrali mi ją krewni jej najbliżsi po ojcu... Możemy ją mianować Inspiratorką zakończenia naszej nocy.
— Pani — Imogieną? — ozwał się ze zdumieniem Piotr. — Myślałem raczej, iż Różą upiorną, jawiącą się w nowym kształcie i nowym uzbrojeniu! To niepodobna! Imogiena miała być księżycowa, trochę jakby somnambuliczka... nie z tego świata... Imogiena musiałaby teraz siedzieć w jakimś bardzo okultystycznym zgromadzeniu i wciągać do protokułu, co się komu ze szanownych zgromadzonych zwidzi à pro pos rasy żyjącej w okresie Saturna pięć i pół miljarda tryljonów manwantar po kilkaset miljonów wieków każda... A Pani — jesteś Walkirją teraźniejszości... jakby mi nagle w głowie ktoś wszystkie więzienia