Strona:PL Miciński - Xiądz Faust (low resolution).djvu/48

Ta strona została przepisana.

że podawałem sam — biorąc je z niszy, w której obracało się okno ślepe — tj. takie, że służba dalej będąca widzieć nas nie mogła.
Najlżejszy szelest nie zdradzał niczyjej obecności.
Po deserach, które były istną objatą na cześć boga Komusa, po winach — gdzie piliśmy Cherez i Gatta, który podobny, ale wyborniejszy od szampana — nie musuje i nie oszałamia. — —
Przeszliśmy do salonu, zdobnego w olbrzymie, matowe, staroweneckie lustra. Na kominku palił się ogień. Podeszliśmy do wieżycowego ekieru, w którym ściany i sufit były wyłożone lustrami.
Tu stały taburety, maurytański stolik, wykładany tęczą perłowej masy.
Moja nieznajoma usiadła tu, rozświecona blaskiem płonącego kominka.
Ujrzałem ze zdumieniem, iż wszędzie na ścianach, na podłodze, na suficie — odbijała się postać jej, owiana lucyferycznym czarem grozy i żądzy.
Wzięła mandolinę i śpiewała mi pieśni cudowne —
Niepodobna tego przełożyć, bo jest to już złączone z melodją. Rozmawia szatan z mniszką:

Noc mej duszy wychodzi za horyzonty tam —
gdzie wyje mrok wśród piekła bram.
Oto jesteśmy w Hadesach już goście —
i zamiast płaczu, mamy radoście...
Złam krzyża jarzmo! miła kochanko —
Nad głuchą gwiazdy tu lśnią Ananką.
— Zrzuć, potworze, swój czarny
habit i maskę!
Wejdź, miłuj — świat jest mi cmentarny!... —
— Zgasimy ziemię swych skrzydeł podmuchem!
w gwiaździstej szermierce
wypromieniaj łaskę:
Jestem Twym duchem —
Tyś jest me serce!