Strona:PL Mirbeau - Pamiętnik panny służącej (1923).djvu/136

Ta strona została przepisana.

szaleństwa wówczas, gdy on, Jerzy, ciągnął mnie w swoje konające ramiona, gdy wciskał swoje zamierające usta w moje... pragnąc jeszcze miłości, której nie miałam odwagi i nie miałam również prawa — bez popełnienia nowej zbrodni i jeszcze okropniejszego morderstwa — odmówić mu...
— Daj mi jeszcze twe usta! Daj jeszcze twe oczy... jeszcze daj mi radość...
Już nie miał sił do wytrzymania pieszczot i wstrząśnień. Często mdlał w moich ramionach...
I co się miało stać, stało się.
Właśnie był październik, dokładnie 6-ty październik. Jesień przyszła łagodna, prawie gorąca tego roku. Lekarze ładzili przedłużyć pobyt chorego nad morzem, oczekując możliwości wysłania go na południe. Przez cały dzień tego 6-go października, pan Jerzy był spokojniejszym. Otworzyłam na oścież wielkie okna w pokoju. On leżał na swoim leżaku przy oknie, okryty ciepłą kołdrą. Najmniej przez cztery godziny napawał się z rozkoszą powietrzem, hojnie przesyconem jodem... ożywczem słońcem i zbawczą wonią morską.
Opustoszałą plażę na nowo zalegli uradowani zbieracze muszli.
Nigdy wie widziałam pana Jerzego weselszym. Ta wesołość jego twarzy, na której skóra co tydzień stawała się suchszą, przeobrażając się w końcu w jakąś przezroczystą skórkę, pokrywającą kości, miała w sobie tak grobową bolesność, że kilkakrotnie musiałam wychodzić z pokoju, aby się swobodnie módz wypłakać...
Nie chciał, abym mu czytała wiersze... Gdy otwierałam książkę, mówił:
— Nie... ty jesteś moim poematem... Ty jesteś wszystkimi moimi poematami... I to jest piękniejsze!...
Zabroniono mu mówić, najmniejsza rozmowa męczyła go i często sprowadzała atak kaszlu. Przytem nie miał on też i sił do mówienia. To co zostało mu z życia, to jest myśl, usiłująca wypowiedzieć całą swoją wrażliwość, i ta właśnie