Strona:PL Niemojewski Andrzej - Legendy.djvu/139

Ta strona została przepisana.

— Gdzie poganiacz — zawołał Joel grzmiącym głosem.
Sługa wyjąkał, kłaniając się w pas:
— Panie... jego niema...
— Jakto, uciekł?
— Panie... i zwierzęcia niema... Tyś chyba piechotą wrócił...
Krew uderzyła do głowy Joela. Strasznemi oczyma piorunował struchlałe sługi, kiedy nagle ukazało się we wrotach zwierzę, a za niem poganiacz.
Ten, ujrzawszy pana, podbiegł, padł mu do nóg i zaczął wołać:
— Wybacz, panie, zbłądziłem w lesie, nie mogłem cię odnaleźć... Wołałem!... Obiegłem o świcie cały las i wreszcie sądziłem, żeś na piechotę wrócił...
Joel zwinął pięść nad jego głową i krzyknął:
— Łżesz! Tyś ze mną wrócił nocą!
Poganiacz zerwał się na równe nogi. Był niezmiernie blady, oczy miał wystraszone. Położył palec na ustach i mówił z głębokiem przekonaniem:
— Nie, panie, to nie ja... to nie ja... To pewnie uczynek naszego nauczyciela...