Strona:PL Niemojewski Andrzej - Legendy.djvu/212

Ta strona została przepisana.

kiemi, żałosnemi oczami. Żołnierze podnieśli go i prowadzili dalej. Postępował w ten sposób w pośrodku roty, wodzony, bity i popychany. Niebawem upadł pod brzemieniem krzyża po raz drugi. Wtedy żołnierze wzięli Z tłumu rosłego mężczyznę i kazali mu nieść słup, rebemu zaś na nowo ręce związali. W tej chwili dogonił ich inny oddział, który wiódł dwóch złoczyńców na stracenie. Obaj krzepcy i niepoturbowani, dźwigali lekko słupy, na których mieli niebawem zawisnąć. Tłum nie zwracał na nich uwagi, kupiąc się w pobliżu rebego i miotając na niego błotem, obelgami i klątwami.
— Idzie król żydowski i niosą za nim tron jego!
— Pójdźcie popatrzeć, jak na tym tronie zasiądzie!
— Rebe, zmądrzałeś już trochę?
— A jakże ci jest teraz, co?
— Rebe, garbus idzie, ulecz go!
— O, ten, ten! podprowadzić go do rebego!
— Ulecz go, rebe!
W pobliżu bramy stała gromadka niewiast, które rzuciły się z płaczem ku rebemu. Straż powstrzymała je włóczniami. Rebe powiódł dokoła znękanemi oczami, opuścił głowę na piersi i postępował dalej.
Gdy wydostali się za bramę, zaświeciło im oślepiające słońce prosto w oczy. W dali po lewej ręce złociła się w blaskach słonecznych ławica piaskowa. Pochód skierował się w tamtą stronę.