Strona:PL Nikołaj Gogol - Rewizor z Petersburga.djvu/76

Ta strona została przepisana.
Szpekin.

Nie ma co mówić, wczoraj dość się wygadał. Jak panowie sądzicie? mnie się zdaje, że z tego wszystkiego co on tu mówił, ledwie jest połowa prawdy.

Liapkin.

Gdzie zaś! podhulał nieco i skłamał trochę. Nie jest to żadnym błędem; to się zdarzy każdemu człowiekowi. Za to u niego każdy wyraz jakby odważony, wszystko szło z rozwagą. Przypuśćmy nawet że podhulał, ale dlaczego, i na co podhulał to zapewne nie bez celu.

Szpekin.

Dobrze, żeśmy dla niego ze śniadaniem wystąpili — Chleba i soli już skosztował, więc nam szkodzić nie zechce; nawet sam się już z tego wygadał, o czem z początku mówić nie chciał.

Ziemlenika.

Jednak radziłbym panowie, nie zasypiać i nie trzymać rąk w kieszeni. A jeżeli on teraz przespawszy się, zacznie znowu po swojemu, cóż wtenczas będzie? Ja się obawiam. Nasz Horodniczy, o! to stary filut: on go już musiał sam na sam, czemkolwiek zaspokoić; tylko nic nam nie mówi.

Chłopow.

A co panowie myślicie — to wszystko być może.

Liapkin.

Wiecież co, a gdyby mu tak... (pokazuje gestami).

Ziemlenika.

Podsunąć, co?

Liapkin.

Tak.

Szpekin.

Djabelnie niebezpieczno.