Strona:PL Ostatnie dni świata (zbiór).pdf/35

Ta strona została przepisana.


wychwstania ciała ich spoczywały koło siebie. Kapłani jednak przez lenistwo poplątali wszystkie miejsca i sam byłem świadkiem, jak pewien młodzieniec, który zasnął był przed pół wiekiem, zbudziwszy się, błagał dozorcę cmentarnego, by mu niezwłocznie odszukał jakąś Elzę, z którą kochanek zasnął ręka w rękę.
— Wszystko jej poświęciłem, — jęczał nieszczęsny, — nie mam dokąd i nie mam poco iść z tej świątyni!
Gruby kapłan, wsunąwszy ręce za złoty pas, obojętnie słuchał żalów młodzieńca.
— Wybierz pan sobie inną; jutro zbudzi się ta oto śliczna panienka, w rogu, pod okrągłem oknem. Cóż? Nie podoba się panu? Ależ przypatrz się pan uważnie. Towarzysza jej już dwadzieścia lat temu przenieśliśmy do piwnicy pod świątynią, ponieważ tutaj obok trzeba było zrobić miejsce dla pewnego jubilera. Wierz mi pan, nie jest nic a nic gorszą od twojej Elzy.
Kochanek ani chciał o tem słyszeć.
— Elzo! Elzo! — wołał, pochylając się nad kamiennemi taflami.
— Zdaje mi się, że napróżno się pan trudzisz. Ona odeszła, jak i tylu innych. Skąd pan możesz wiedzieć, na ile lat miała zasnąć? Teraz twoja ukochana ma pewno dzieci, a kto wie — może nawet i wnuki.
Kapłan zwrócił się do mnie:
— Spójrz pan tam, naprawo, gdzie pada promień słońca; od dwudziestu lat leży tam umarły;