Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/116

Ta strona została przepisana.

Mnie nie cieszyły wdziękom dawane pochwały;
Nie chciałam się podobać, bałam się kochania.
Raz, pamiętam, gdy borem wracam z polowania,
Był żar, a trudy żaru przyczyniały hojnie.
Widzę strumień bez wiru, płynący spokojnie,
Czysty, iżbyś kamyczki zliczył wszystkie na dnie,
A cichy, iż czy bieży, widz z trudem odgadnie.
Blado zielone wierzby i wodne topole
Rozpościerały cienie na nadbrzeżne pole.
Zbliżam się, naprzód stopą dotykam się wody,
Wnet się cała zanurzam w wodzie dla ochłody.
Gdy pląsam i z przyjemnej rozrywki się cieszę,
Wtem słysząc jakiś szelest, na bliższy brzeg śpieszę,
»Dokąd lecisz?« — z wód Alfej woła niespodzianie —
Ach, dokąd, Aretuzo?« — powtarza wołanie,
Co sił i tchu uciekam; Alfej szybszym nie był,
Lecz silny, byłby prędzej dalszy zawód przebył.
Ja słabieć już poczęłam, on był wytrzymały;
Biegnę polem, bezdrożem, przez bory, przez skały.
Słońce z tyłu świeciło; przed mojemi nogi
Ogromny cień postrzegam w istocie, czy z trwogi:
Lecz w istocie słyszałam jego nóg stąpienie
I włosy mi rozwiało tuż gorące tchnienie,
Znużona biegiem, wołam: »Ocal nieszczęśliwą,
Ty, której łuk nosiłam i groty z cięciwą,
Dyktynno!« — Wysłuchała bogini błagania,
Zaraz mię nieprzejrzanym obłokiem zasłania.
Utajonej w pomroce szuka bóg dokoła,
Daremnie mgłę obchodzi i daremnie woła.
Dwakroć minął to miejsce, gdziem ukryta była,
Dwakroć rzekł: »Aretuzo, Aretuzo miła!«