Strona:PL Owidiusz - Przemiany.djvu/241

Ta strona została przepisana.

»Że mną gardzisz, Kanenty nie obaczysz więcej!
Poznasz — rzekła — co może wzgardzona kochanka
I wzgardzona kobieta, do tego Tytanka!«
Dwakroć na wschód, na zachód zwraca się dwa razy
Trzykroć różdżką zakręca, trzy rzecze wyrazy.
On ucieka; zdumiony, że tak szybko biega,
Skrzydła, na ciele cudem wyrosłe, spostrzega.
Gniewny, widząc się ptakiem, tnie dziobem w dąb stary
I rany w rozłożyste zadaje konary.
Od szkarłatnego płaszcza skrzydło barwę bierze,
Gdzie go spinał guz złoty, złote rośnie pierze;
Żółto-złocisty pierścień wkoło szyi błyska
I nic z dawnego Pika niema prócz nazwiska[1].
Tymczasem towarzysze śledzą wszędzie Pika,
A gdy znaleźć nie mogą, Cyrce ich spotyka.
Już bowiem rozrzedziła gęstej ćmy pomroki,
Każąc wiatru i słońcu rozpędzić obłoki.
Żądają króla zwrotu, o zbrodnię ją winią
I śmią dobytym mieczem zatrważać boginią.
Cyrce zlewa ich sokiem o straszliwej mocy,
Wzywa Ereb i Zamęt, wzywa bogów nocy
I czarodziejskiem wyciem Hekatę zaklina.
O cuda nad cudami: wstrząsła się dolina,
Las zadrżał, zżółkły drzewa, a na bliską trawę
Jakgdyby z rosą krople wystąpiły krwawe;
Słychać stukoty głazów i psów głośne wycia
I szpetne czarne żmije wypełzły z ukrycia,
A lekkie po powietrzu ulatując cienie,
Wlewały w towarzyszy strach i przerażenie.

  1. Picus — (po łac.) dzięcioł.