Strona:PL Pedro Calderon de la Barca - Dramata (1887).djvu/101

Ta strona została przepisana.
Kurcyusz.

— Nie dosyć jeszcze?

Dżyl.

— Rozbójniczy
Lud, co uciekł bet w jary,
Znowu zebrał się w chmary,
A wiedzie ich czort taki,
Co sobie przykrył twarz dla niepoznaki.

Kurcyusz.

Dla mojéj biednéj głowy
Ulgą już każdy cios staje się nowy.
Zachowajcie te szczęty
Śmiertelne; ja im grób zacny i święty
Temi smutnemi dłońmi przysposobię.

Tyrso.

Jakże? To chcesz go w poświęconym grobie
Chować?... A sakramenty?...
Wszak bez spowiedzi umarł, i wyklęty! —

Kurcyusz.

O chłopa zemsto podła!
Tak-żeś się z krzywdy swéj błahéj wywiodła,
Że się tu z rozbestwieniem
Urągasz nawet nad śmiertelnym cieniem?..

(Odchodzi płacząc).
Bras.

Niech to ciała brzydastwo
Za karę pożre zwierz i krwawe ptastwo.

Inny.

Lepiéj je z góry zwalić,
Niechaj się w sztukach idzie w piekle palić.

Tyrso.

Najlepiéj bylejaki
Dać mu grób, ciało rzuciwszy w te krzaki,
A noc mu już udzieli
Pogrzebu na téj wilgotnéj pościeli.
Niech tu na górze jeszcze Dżyl zostanie,
Żeby nas niespodzianie
Nie naszli w tym sposobie
Zbójcy. Dasz nam znak!

(Odchodzą).
Dżyl.

— O, wygodni sobie!
Jego pogrzebli w krzaku,