Strona:PL Pedro Calderon de la Barca - Dramata (1887).djvu/92

Ta strona została przepisana.
Euzebiusz.

Kurcyuszu, Bogu wzajemnie
Dzięków czynię tysiąc, że mnie
Śle ku tobie dobrą porą;
Bo jeśliś tu przyszedł skoro
Obrażony, wyjdziesz skorzéj
Obrażony i skarcony.
Jednak — dziwny mię owłada
Szacunek tak, iż mię trwoży
Bardziéj gniew twój, niźli szpada.
To znów, choć gniew straszyć sam
Może, w drugiéj trwodze trwam,
By nie zniosła mię w lękliwość
Twoich zacnych włosów siwość.

Kurcyusz.

Euzebiuszu, chciéj mi wierzyć,
Żeś zdołał w części uśmierzyć
Mój gniew, skoro się przyglądam
Twéj osobie; — lecz nie żądam,
Byś mniemał, że ci ma biała
Głowa odwagę zabrała,
Gdy ją zabrać dzielność może.
Skrzyżuj oręż, bo już żadna
Gwiazda w niebie nie pomoże,
By cię zemsta ma przykładna
Nie dosięgła. Skrzyżuj szpadę!

Euzebiusz.

Odwagę zabrać?... Veto kładę!
Nie jest strach, co jest szacunek.
Ą tu ci się wyspowiadam,
Że zwycięstwem, co mię nęci,
Jest — zrzucić dumy rynsztunek
I błagać, byś w niepamięci
Pogrzeb! mą winę. Więc składam
Miecz w te dłonie, co tak wielu
Czci uczyły.

Kurcyusz.

— Nie w tym celu
Stoję tu, bym bił przewagą.
I ja rzucam szpadę nagą.

(n. s.)

(Tak konieczność ciosu zręcznie