Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/173

Ta strona została uwierzytelniona.

poranną. Widocznie tak jak i ja nie mógł zasnąć i wyszedł, chcąc odetchnąć ranném powietrzem, a może spojrzeć tu i owdzie na gospodarstwo.
Nie spostrzegłem go zrazu, bom szedł bokiem drogi, zatém wierzby zasłaniały mi poręcz mostu; byłem jednak nie daléj jak o dziesięć kroków. Schowałem się za wierzbę, sam nie wiedząc co mam na razie robić,
Ale ojciec stał ciągle na miejscu. Spojrzałem nań: na twarzy jego malowała się troska i bezsenność. Wodził oczyma po stawie i mruczał pacierze poranne. Do uszu moich doszło wyraźnie:
„Zdrowaś Marya, łaskiś pełna, Pan z Tobą!“ Tu dalszy ciąg począł szeptać cicho, a potém znowu głośno:
„I błogosławion owoc żywota Twojego. Amen.“
Zniecierpliwiło mnie tak stać za wierzbą i postanowiłem przemknąć się cicho przez most. Mogłem to uczynić, albowiem ojciec stał odwrócony ku wodzie, a przytém, jak wspomniałem, był trochę głuchy, bo jeszcze za czasów swych wojskowych ogłuchł był od zbytniego huku dział. Stąpając tedy ostrożnie, przebierałem się przez most za dalsze wierzby, na nieszczęście jednak źle poobsadzane dyle drgnęły, ojciec obejrzał się:
— Co ty tu robisz? — spytał.
Zarumieniłem się jak burak.
— Przejść się, ojcze, idę, przejść się tylko.
Ale ojciec zbliżył się ku mnie i odchyliwszy trochę płaszcza, którym osłaniałem się starannie, ukazał na szablę i pistolety i rzekł:
— A to co?
Nie było rady: należało się przyznać.