Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/280

Ta strona została przepisana.

I jaki taki, kiedy łzę osuszył,
Pożegnał wdowę, i odjechał w ciszy.
A gdy do domu Wojewoda ruszył,
I jam odpuścił moich towarzyszy,
Bo téż już było po szwedzkiéj potrzebie,
Więc rad téż każdy powracał do siebie.
Sam zaś zostałem i z wielką ochotą,
Bo matka z córą prosiły mnie o to.
A gdy już miesiąc był prawie upłynął,
I żal co większy już nieco przeminął,
Poczęto pytać o wszystkie wypadki
Szwedzkiéj potrzeby — i chwile ostatnie
Pana Miecznika — a choć człek był gładki,
Nie raz się splątał jakby popadł w matnie.
Gdy przyszło mówić o takiéj boleści,
I wytrwać mężnie wobec łzy niewieściéj,
Bo choć się obie łez jak grzéchu strzegły,
Choć Panna Anna znów do krosien siadła,
A sprawy domu zwykłym trybem biegły,
To często jeszcze łza na wzory padła.
I dosłyszałem nie raz stojąc z boku,
Jak do poufnéj rzekła ze łzą w oku:
„Czy to już późno? czy się dziś tak mroczy,
Że mi już nie chcą statkować i oczy,
Że i jedwabiów rozeznać nie mogę?”

„A ta to niby wyręcza niebogę;
I kiedy do jéj pracy się przysiada,
To łzę ustyma z oczu jéj wykrada.”




O biada sercu! i téj głowie biada!
Bo Panna Anna była mi tak droga,