Strona:PL Przybyszewski-Goście.djvu/021

Ta strona została uwierzytelniona.

ADAM. Straszny jesteś.
GOŚĆ. Śmierć nie jest tak straszna. Śmierć dobra...
Czemuż ja nie mogę być tak dobry jak śmierć?

Głos z werandy; śmiech i rozgwar.

WODZIREJ. Adam! Adam! Chodźże wreszcie. Pijemy teraz twoje zdrowie!
ADAM. Idę, idę (idzie do pałacu).
GOŚĆ. Pamiętaj! To jedno, co cię odemnie uwolni!

SCENA PIĄTA.

Długa pauza
NIEZNAJOMY (podchodzi z drugiej strony; wpatruje się w okna pałacu, potem odwraca się do gościa. — Nagle). Wszak to tu ten dom, w którym się stały dziwne, tajemnicze rzeczy?
GOŚĆ. Tak, tu.
NIEZNAJOMY (po chwili). Bal, muzyka, taniec... hm... To nie zagłusza, nie zagłusza... To upiorów nie rozproszy, to na chwilę upoi, a potem to przez chwilę oszołomione serce mści się podwójnie, że dało się uśpić. Bo serce ludzkie, straszne i mściwe. Nie da spokoju, nie da... (po chwili). Czy ja tam wejść mogę? Bo coś mnie ciągnie do światła i wesela — ciągnie nieprzeparcie...
GOŚĆ. Czemubyś nie miał wejść? Jeden gość więcej — cóż to stanowi? Zresztą niezadługo zapełni się ten dom gośćmi, których gospodarz sam nigdy nie znał — a dziwnych gości ma już teraz u siebie!