Strona:PL Robert Montgomery Bird - Duch puszczy.djvu/124

Ta strona została skorygowana.
—  112  —

bo tu idzie o ocalenie biednych kobiet i dzielnego wojownika«.
Psina podniosła nos do góry, wietrząc na wszystkie strony, potem, obrawszy kierunek, puściła się naprzód. Natan pełznął za nią od krzaku do krzaku, od pnia do pnia, posuwając się tuż za nogą psa z jak największą ostrożnością i cichością.
Gdy kwakier znikł z oczu kapitana, rozkazał on pozostałym towarzyszom, ażeby wraz z nim dali ognia do Indyan, dla odwrócenia ich uwagi od Natana. Na strzały te dzicy odpowiedzieli wrzaskiem przeraźliwym. Roland powtórzył salwę, a gdy krzyki uspokoiły się, z bijącem sercem zwrócił uszy ku stronie, w której myśliwiec popełznął. Nic jednak słychać nie było, tylko kiedy niekiedy wypadł strzał ze strzelby Indyan, połączony z wyciem przeraźliwem. Potem następowała cisza, śród której dochodził oddalony huk gromu i szumu przewalającej się w łożysku rzeki.
Roland już dziękował w duszy Bogu za szczęśliwy obrót sprawy Natana, kiedy nagle straszliwy wrzask rozdarł powietrze w tej właśnie stronie, w którą myśliwy popełznął. Myśl, że go dzicy schwytali, ścięła lodem krew w żyłach kapitana; po krzyku tym ponownie nastąpiła tak głucha cisza, że wyraźniej, niż kiedykolwiekbądź, dobiegał do uszu szum wiatru, wstrząsającego wierzchołki drzew niebotycznych.
Po upływie kilku minut, które wydawały się