Strona:PL Robert Montgomery Bird - Duch puszczy.djvu/133

Ta strona została skorygowana.
—  119  —

przecież z jego zapału — lecz powiedz raczej, czy drogą, którą dostałeś się do nas, nie możnaby opuścić tego niebezpiecznego stanowiska?
— Poczekaj, przedziurawiaczu skór czerwonych — rzekł Ralf — trzeba, jak widzę, opodzieć ci wszystko, jak było, żebyś mógł się namyślić, co dalej robić. Naprzód trzeba ci wiedzieć, że wkrótce po naszem rozstaniu w lesie, ten poczciwy koń, który przez półtorej godziny utrzymywał się pod drzewem, zbuntował się i dawszy szczupaka, zwalił mię, jak długiego, na ziemię, a sam drapnął gdzie pieprz rośnie. Podniósłszy się, szedłem więcej niż godzinę lasem i dostałem się nareszcie na brzeg rzeki, a że była płytka w tem miejscu, przebrodziłem na tamtę stronę i zamierzywszy przenocować, rozpaliłem ogień pod skałą.
— Jakto, nieszczęsny! — zawołał Roland. — Więc to ty na tamtym brzegu paliłeś ogień, zwłócząc nan chróst i gałęzie?
— A któżby inny poważył się palić ogień, w czasie gdy te bydlęta indyjskie napełniają całą okolicę?
— Dowiedz się więc, żeś ty naszych nieszczęść przyczyną, gdyż ognisko twe wzięliśmy za obóz indyjski i obawialiśmy się przeprawić przez rzekę.
— Nie bardzo się pomyliłeś — odpowiedział Ralf zimno — gdyż zaledwie zacząłem się rozkoszować ogniem, nagle pojawiło się przede mną czterech Indyan. Skoczyłem za wystającą skałę,