Strona:PL Rolland - Clerambault.djvu/077

Ta strona została przepisana.

znania, że Rozyna miała słuszność; chciał się upokorzyć, ale wstyd fałszywy krępował mu język. Tak tedy nieporozumienie dusz zaostrzało się, podczas gdy serca obustronnie błagały o ustępstwa.
W zamieszaniu, jakie nastąpiło po śmierci Maksyma, to błaganie wywarło większy nacisk na duszę mniej zdolną do oporu. Pewnego dnia, gdy się znaleźli wszyscy troje razem, wieczorem przy obiedzie, — (była to jedyna chwila, kiedy byli razem, albowiem zresztą każde z nich odłączało się od innych: Clerambault zamknięty sam ze swoją żałobą, pani Clerambault zawsze goniąca bez celu i Rozyna całemi dniami nieobecna, zajęta dziełami humanitarnemi) — Clerambault usłyszał, jak żona łajała gwałtownie Rozynę: młoda dziewczyna wspominała o pielęgnowaniu ranionych nieprzyjaciół, a pani Clerambault oburzała się na to jak na zbrodnię.
Odwołała się do wyroku męża. Clerambault, którego oczy zmęczone, zamglone i zbolałe poczęły rozumieć, spojrzał na Rozynę, która milczała, siedząc z pochylonem czołem, w oczekiwaniu odpowiedzi. I rzekł:
— Moja mała ma słuszność.
Rozyna zarumieniła się od nagłego wzruszenia, nie spodziewała się bowiem takiej odpowiedzi. Podniosła ku ojcu oczy z wyrazem podziękowania, spojrzenie ich zdawało się mówić:
— Nareszcie dusze nasze zrozumiały się.
Po krótkim posiłku wszyscy troje rozeszli się; każde z nich poszło oddać się na osobności swej boleści. Clerambault siedział przed swojem biurkiem, ukrył twarz w dłoniach i płakał. Spojrzenie córki przyniosło ulgę jego sercu stężałemu z bolu: odnalazł swą duszę utraconą, od tylu miesięcy dławioną, tę samą, którą miał przed wojną i ona patrzyła na niego...