Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/253

Ta strona została uwierzytelniona.


szywą pętlicę i już o milę dalej wyrzucał ze świstem swe lasso, swój pętający arkan, który niczego nie chwytał.
A czego nie wyrabiał z dymem kominów! Biedny dym już sam nie wiedział, jak uniknąć jego łajań, jak uchylić głowę, na prawo, czy na lewo od jego ciosów. Tak panoszył się po mieście, jakgdyby raz na zawsze statuować chciał tego dnia pamiętny przykład bezgranicznej swej samowoli.
Od rana miałem przeczucie nieszczęścia. Z trudem przeprawiałem się przez wichurę. Na rogach ulic, na skrzyżowaniu się przeciągów trzymali mnie koledzy za poły. Tak przeprawiałem się przez miasto i wszystko szło dobrze. Potem poszliśmy na gimnastykę do drugiej szkoły. Po drodze kupiliśmy sobie obwarzanki. Długi wąż par wkraczał, gęsto gadając, przez bramę do wnętrza. Jeszcze moment, a byłbym ocalony, w pewnym miejscu, bezpieczny aż do wieczora. W konieczności mogłem nawet nocować w sali gimnastycznej. Wierni koledzy byliby mi towarzyszyli przez noc. Nieszczęście chciało, że Wicek dostał tego dnia nowego bąka i puścił go z rozmachem przed progiem szkoły. Bąk buczał, zrobił się zator koło wejścia, wypchnięto mnie poza obręb bramy i w tej chwili porwało mnie. „Drodzy koledzy, ratujcie!“ — zawołałem, już wisząc w powietrzu. — Jeszcze ujrzałem wyciągnięte ich ręce i krzyczące rozwarte ich usta, w następnej chwili machnąłem koziołka i wionąłem wspaniałą, wstępującą linią. Już leciałem wysoko nad dachami. Lecąc tak bez tchu, widziałem oczyma wyobraźni, jak koledzy moi w klasie wyciągają ręce, strzygąc gwałtownie palcami i wołają do nauczyciela: Proszę pana profesora, Szymcia porwało. Pan profesor spojrzał przez okulary. Spo-

251