Strona:PL Sewer - Bajecznie kolorowa.djvu/021

Ta strona została przepisana.

nek sto pięćdziesiąt marek. — Poszedł do szafki. — Spójrz tymczasem na moją robotę.
Wacek i Antek z dogodnego miejsca patrzyli z uwagą. Wacek trącił Antka w bok, podszedł do obrazu, popatrzył, cofnął się i znowu się przybliżył, nareszcie szepnął:
— Mam!...
— Cóż masz? — spytał profesor.
— To właśnie, czego mi brakowało na obrazie, a nie mając sposobu, nie mogłem dać rady.
— Cieszę się, żeś u mnie zobaczył, a oto masz dwieście marek zaliczki, zostanie ci pięćdziesiąt na skończenie obrazu. Może ci wystarczy?
— Bajecznie! — zawołał wzruszony Wacek.
Profesor podał mu dwie setki.
— Profesorze, jeszcze jedna łaska. Przyniosę tu obraz przed skończeniem, jutro, a profesor mnie zwymyśla i powie, co i jak trzeba zrobić.
— Dobrze, dobrze, powiem, poradzę, bylebyś nie potrzebował rzucać sztuki, doić krów i magnifikę wozie po sąsiedztwach. Bądźcie zdrowi, nie zapominajcie o starym waszym przyjacielu. Przychodź z pejzażem...
Zlecieli ze schodów, jak klowny, w bramie rzucili się w objęcia.
— A co, nie mówiłem, idjoto? — szepnął Antek.
— Mówiłeś! Ale „stary“ kapitał, co za szyk, co za wyrafinowana delikatność. Nie pożyczył, lecz dał zaliczkę. Wiesz, podpatrzyłem, czem „stary“ podkłada, aby wywołać świetlany efekt. Już wiem, za dwa dni pejzaż mój będzie inny!...
— A teraz — biba!
— Nie, nie, naprzód pierścionek wykupić, napisać list, że nie godzien jestem krów doić, chciałem powiedzieć: rzemyka rozwiązać...
— Rozumiem.