Strona:PL Stanisław Antoni Wotowski - Wiedźma.djvu/152

Ta strona została skorygowana.

przewrócił motocyklem jednego z napastników po drodze, a drugiego, który usiłował pochwycić za kierownicę, obalił na ziemię, potężnym kopnięciem nogi w brzuch.
Wydawało się, że są uratowani! Przed nimi widniała długa, wolna, pusta ulica...
— Bogu dzięki! — wyrwał się z piersi Maud zdławiony okrzyk.
Lecz, jeszcze nie było koniec pościgu. W stronę bramy biegł Hopkins, a za nim Carlsonowa, z rozwianym włosem i wykrzywioną ze złości twarzą.
— Tchórze, tchórze! — krzyczała do najbliższych swych wspólników. — Więc pozwoliliście im uciec, wy stare baby! Temu smarkaczowi i dwom dziewczynom! — Strzelajcie! Strzelajcie! Toć łatwo ich jeszcze dosięgnąć! Zabijcie ich!
Pierwsza dała przykład, paląc z browninga. W ślad za nią i inni.
— Zabijcie! — rozbrzmiewał dalej donośnie jej głos. — Zabijcie tę żmiję, która im dopomagała do ucieczki! — Huknęła druga salwa i trzecia.
Motocykl toczył się coraz szybciej, a kule świstały po bokach Gwiżdża. Oddychał on teraz z ulgą, mniemając, że za kilka sekund znajdzie się poza obrębem wystrzałów, gdy wtem rozlega się nowa kanonada, a w ślad za nią cichy jęk:
— Ach!
Motocykl przechylił silę trochę i Gwiżdż poczuł, że ktoś z niego spada.
Obejrzał się przerażony. Na piaszczystej drodze ulicy leżała nieruchomo Maud, a cieniutka struga krwi sączyła z jej czoła.
— Zastrzelili ją! — zawołała z rozpaczą Marysieńka. — Kula trafiła ją w skroń, a może i kilka kul, bo słyszałam, że jęknęła parokrotnie! Zatrzymamy się natychmiast i pośpieszmy Maud z pomocą!
Lecz, Gwiżdż nie zwolnił biegu.
— Nic już jej nie pomoże! — wyrzekł. — Sądzę, że poniosła natychmiastową śmierć! Nie przydalibyśmy się, nieszczęsnej, na nic, nas zaś ta zwłoka mogłaby kosztować życie.
Obejrzał się jeszcze poza siebie. Maud nie porusza-