Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/159

Ta strona została skorygowana.
TORTIURY I PIERWSZY WYSTĘP GOŚCIA Z DNA“.




Zupełnie niewyspany, w straszliwym nieświadomym co do istoty swej kokainowym katzenjammerze, (działy się wprost otchłanne cuda i objawienia. Skąd?) po całodziennych ćwiczeniach za miastem, wśród nudnego jak matura pejzażu (był szary, ciepły, słodkawy, pachnący trawą dzień wiosenny) popędził Genezyp koło szóstej na ulicę Św. Retoryka do Persy. Miał piekielną tremę, nie wiedział co i jak ma jej powiedzieć, pocił się w ciasnym mundurze i miał niesmak w ustach.
Mieszkała ta drętwa sama z jakąś kucharo–duenją, panią Golankową (Izabellą). Takiego jeszcze trzeba było nazwiska, aby dopełnić okropności miejsca samczych mąk, jakiem było „mięszkanie“ (tak mówiła Golankowa, a przytem „kwandransik“, „dyszcz“, „syr“, „nierychło“ i „wnet“) słynnej panny Zwierżontkowskiej. Już w przedpokoju, niewiadomo jakim zmysłem, poczuł niezdrową (uch, jak niezdrową, to strach!) atmosferę wyrzeczenia. Wszystko pachniało przewlekłą, nieuleczalną tortiurą, jak mówiła księżna. I to takie wrażenia na tle takich doytów wczorajszych. U — niebezpieczne — ho, ho! Widział to, ale jakiś demon pchał go w to wszystko dalej dzierżąc za kark bezlitosną łapą. On dobrze wiedział kto to taki — oj, wiedział biedactwo. Przyjęła go w łóżku wśród jakichś piór à la Wróbel (ten malarz nie ptaszek) hyperbrabanckich przezroczystości i poduszek, których poduszkowatość przechodziła sen o lenistwach naj-