Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/40

Ta strona została skorygowana.

ści, trzeba być złośliwcem bez sumienia. Ale trudno: ostatnie usprawiedliwienie znajdowało wszystko w tem, że kończył się oto dawny świat właśnie w tym zaprzałym we własnym sosie kraiku, a niewiadomo było jakie formy mogło przybrać istnienie po tym skrycie oczekiwanym końcu. Nadzieja wszystkich zawiedzionych, niedorobionych, niedopieczonych, niedogotowanych, psychicznych „siemimiesiàczników“ — a tych był legjon. Nawet konserwatyści (w miarę religijni i w miarę demokratyczni) czekali końca, żeby móc choć powiedzieć: „a co? nie mówiliśmy...??“
W domu nie zastał Zypcio nikogo. Był zły. Tak się napompował na to pokazanie się Liljanie i matce w nowym galowym mundurze ostatnich polskich junkrów. A do tego kartka, że te damy są na podwieczorku u księżnej i tam go oczekują. A wstyd! A z drugiej strony może tak było lepiej, że on nie idzie tam z własnej woli, tylko jakby z musu, żeby nie wydać się ze wszystkiem przed matką. Takie zagwazdrane, dziecinne, wprost pieluchami śmierdzące problemy, splecione w jedną „girlandę“ z ornamentami najdziwniejszej chwili życia: początkiem bycia „kimś“, usymbolizowanym w granatowym z żółtemi rabatami mundurku. Przerażony był poprostu przepychem „palazzo Ticonderoga“. Forteca jakaś (znał ją jeszcze z niedawnego dzieciństwa) zmieniona od wewnątrz w „edredonowy, mandrylowo nieprzyzwoity dytyramb“ na cześć rozpulchnionych ciał i dusz zropiałych w rozkładzie — inaczej nie da się to wyrazić. Zestawienie twardych bastjonów z lubieżną miękkością wnętrza, działało już na schodach rozwalniająco-płciowo. Ich dawny „pałac“, w stolicy który zwiedzał tylko kiedyś za dawnych czasów, wydał mu się nędzną budą w porównaniu z tem gniazdem rozkosznie konającej nieprawości i wiekowych znęcań się nad ludzkiem bydłem. To doprowadziło go do wściekłości. Widocznie młoda, dorobkiewiczowska krew Kapenów wzburzyła się i sfermentowała,