Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/045

Ta strona została uwierzytelniona.


AKT TRZECI.

Dzień później. Salon bardzo gustownie umeblowany. Wieczór. Pokój oświetla lampa, osłonięta abażurem.

SCENA PIERWSZA.

OLGA potem MLICKI.

OLGA (leży na otomanie. Co chwilę siada i nasłuchuje. Zewnątrz słychać kroki. Wchodzi Mlicki bardzo zgnębiony, nie zdejmuje kapelusza z głowy. Olga wstaje). Nareszcie przyszedłeś!
MLICKI. Był tu Zdżarski?
OLGA (trwożnie). Ale cóż ci jest? Zdejmże kapelusz! Jesteś chory?
MLICKI (zdejmuje kapelusz). Nie, nie, nic mi nie jest... Ale ten wiatr jesienny, ten deszcz — szedłem przez park, wiatr gwizdał wśród nagich gałęzi... mówią, że w takim czasie ktoś się obwiesił... He... he, albo może utopił. — Bo są ludzie, co się topią. He, he! Ale zdejmże tę umbrę z lampy — inaczej zdaje mi się, że ktoś tu śmiertelnie chory leży.
OLGA (zdejmuje umbrę, po chwili). Czy to było konieczne, że Helena aż do końca u ciebie mieszkała?...
MLICKI. Gdzież się miała podziać?