Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/138

Ta strona została uwierzytelniona.

na miejscu tem, gdzie były ołtarzowe róże i gdzie stał ołtarz, — nie było do udźwignienia. Oczy nabrzmiały od łez, serce biło szybkimi ciosy, biegło w bezgraniczną dal, jak wygnaniec po twardym gościńcu ziemi cudzej.
Nigdzie oparcia, nigdzie podstawy do wzmocnienia się duchem. Wszystko zawiodło. Tylko łkanie nocne, zduszone przemocą w piersiach... Tylko łkanie, ostatni pocieszyciel...






Dnie, tygodnie, miesiące...
Ewa nie miała najdrobniejszej wiadomości o tem, co się stało z Niepołomskim. Poczyniła była wszelkie możliwe starania. Na jakie tylko mogła wpaść domysły, — wszystko wyzyskała. Była w biurze adresowem, w biurze pasportowem, posyłała zapytania do pism codziennych...
Zewsząd otrzymała odpowiedzi jednobrzmiące: nie wiadomo. W biurze adresowem — jakże to drżała, kiedy wywoływano nazwisko Niepołomskiego! Powzięła wiadomość, że wyjechał z Warszawy. Wróciła tedy do tego właśnie miejsca, skąd wyszła. W odpowiedziach od redakcyi podawano już to stare adresy w Paryżu i Londynie, już odpowiadano krótko i węzłowato: — nie wiadomo. Utworzył się dokoła duszy jak gdyby spisek, jak gdyby sprzysiężenie ludzi, zmowa instytucyi rzeczy, zwarty kartel bezlitosnych okoliczności, popierających się wzajem wszelkiemi siłami, w tym jedynie celu, żeby nic nie można było się dowiedzieć o Niepołomskim. Zdawała sobie sprawę z tego, że to