Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/061

Ta strona została uwierzytelniona.

— No i słusznie. Trudno wymagać, żeby chodził tyli kawał drogi.
— A tak i on mówi... — rzekła prędko.
Gdy się wdrapywali na schody, doszedł Judyma zapach mięsiwa smażonego na tłuszczach, który znał dobrze z lat dziecięcych. Przez drzwi kuchenki, otwarte na korytarz buchało gorąco i zaduch, jak się zdawało, nie do wytrzymania. Wiktora Judyma nie było w domu. Obiad gotowała ciotka. Teraz już prawie nie spostrzegała obecności doktora Tomasza. On także nie nasuwał się jej przed oczy i chętnie z pierwszej stancyi, która pełniła zarazem obowiązki kuchni i mieszkania ciotki, wsunął się do drugiej, sypialni Judymów. Było to nizkie poddasze. Sufitu dosięgało się głową. Stały tam dwa łóżka, zawalone pościelą, a między niemi komoda okryta szydełkową serwetą. Nad łóżkami wisiały fotografie krewnych w tużurkach (w środku fotografia doktora w mundurze studenckim), wszystkie w ramkach wyciętych laubzegą. Gdzieś w kącie szczękał zegar z długiemi wagami. Doktor objął wzrokiem te sprzęty i niektóre z nich przypomniał sobie: były w suterynie rodziców...
Brat Wiktor nie nadszedł, a w mieszkaniu było piekielnie gorąco, więc Judym wyszedł, obiecując wrócić wieczorem. Z myślą ukrycia się przed skwarem wszedł do Saskiego ogrodu, usiadł w bocznej alei i niepostrzeżenie zapadł w marzenia. Od dawien dawna, od czasu, kiedy w szkołach zaczął się uczyć dla samej nauki, snuły mu się po głowie pewne nieokreślone idee z dziedziny chemii, fizyologii... Dosięgał zawsze myślami jakiegoś potężnego światła, tysiąc razy silniej-