Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/256

Ta strona została uwierzytelniona.

poznaję nozdrzami, zanim ujrzę oczyma, wychylają się z łąki. »Jaskółki« blado-fioletowe, siostrzyczki moje rodzone, najdroższe moje. Nie zrywałam żadnej, tylko stawałam nad nimi, całując je spojrzeniem. One pytały mię także, czemu odeszłam z tej krainy, dlaczego nie mieszkam we wsi rodzinnej... Ale oto przy mojej ścieżce na pastwisku ujrzałam coś nieznanego: duży krzak rokiciny. Stał samotny...
— Nie znam cię... — rzekłam mu. Ale w tej samej chwili rozsunęło się przedemną wspomnienie... To on!
Do kuchni naszej w tym dniu, kiedy ja przyszłam na świat, zabłąkał się biedny, wędrowny pies. Nikt nie wiedział skąd jest i jak się zowie. Że w takim dniu przyszedł, dano mu jeść, jak gościowi. Od tej chwili został przy dworze. Przezwano go »Rozbojem« Był dobry, poczciwy i wierny. Lubiła go mama, bracia i ja bardzo. Gdyśmy do domu na wakacye wracali, zawsze jego szczekanie słychać było pierwsze, z daleka. W chwili odjazdu patrzał nam w oczy z taką żałością...
Kiedy ja miałam lat czternaście, on już był tak stary, że się z miejsca nie ruszał. Osiwiał cały, ogłuchł i przestał szczekać. Leżał na słońcu i starczym, smutnym, sennym wzrokiem spoglądał dokoła. Gdy było zbliżać się ku niemu, machał jeszcze ogonem, dźwigał łeb i uśmiechał się, jak człowiek.
Pewnego dnia rano, o świcie usłyszeliśmy, że skowyczy. Rzuciłam się do okna i ujrzałam na pastwisku strzelca Gązwę. O kilkanaście kroków od niego szarpał się »Rozbój«, przywiązany do kamienia. Blask fuzyi, błękitny dymek... Później huk.