Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/170

Ta strona została uwierzytelniona.

Młody zwrócił się do Korzeckiego z widoczną satysfakcyą i zawiązał z nim rozmowę. Panna Helena przysłuchiwała się jej także, a nawet stary dyrektor zwrócił wkrótce w tamtą stronę swoje krzesełko. Judym onieśmielony i pełen dziwnego smutku słuchał szelestu wyrazów, ale uczuciami błądził daleko. Zdawało mu się, że słyszy dziwny piękny śpiew, tak jakby jedną z pieśni Griega, oddalającą się w górach wysokich i, szczególna rzecz, w pewnej miejscowości na Righi, pod samotnym szczytem Dossen, gdzie był raz w życiu.
— Kto to śpiewa i dlaczego to właśnie? — marzył, ustawiając swe nogi na puszystym dywanie w sposób, o ile to było w jego mocy, ozdobny.
— Ani myślę uznawać się za zwyciężonego! — wołał młody człowiek. — Ani trochę! Tego pan nie dowiedzie! Istnieją napewno kryterya dobra i zła.
— A... skoro istnieją... — z cicha mówił Korzecki.
— Wiemy przecie, że niewolnictwo jest formą życia, do której wracać nie należy. Pan wiesz to samo i tak samo, jak ja. I każdy człowiek...
— Więc cóż z tego?
— Nasza świadomość jest już kryteryum. Dobro społeczne...
— Właśnie: dobro społeczne! Zawsze to mówimy i jakoby wiemy, co to jest szczęście i dobro społeczeństwa, ale nigdy nas nie zajmuje szczęście jednostki.
— O, to, to! Szczęście pojedyńczego człowieka, jednostki... — wtrącił dyrektor, machając ręką.