Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/254

Ta strona została uwierzytelniona.

jak inny człowiek. Stał na tem samem miejscu z rękoma splecionemi na poręczy krzesła. Twarz jego była blada i szczególnie wydłużona. Włosy były podniesione, jak od wichru. Z pod nawisłych powiek surowe, zamyślone źrenice nie schodziły z twarzy żołnierza.
Znagła westchnął i wstrząsnął się gwałtownie. Zimny uśmiech przeleciał po jego twarzy.
— Rafał! zawołał głosem gromkim, szukając towarzysza oczyma.
Tamten siedział na nizkim stołeczku, z głową bezwładnie leżącą na dłoniach. Podniósł leniwie i niedbale czoło. Rzekł z wyrazem szczególnej wzgardy:
— Wiem, wiem...
Obadwaj uśmiechnęli się do siebie, czy do jakiejś myśli nowej, nieznanej.
— Bodaj to wszyscy dyabli! — zgrzytnął Trepka, wychodząc z izby i z trzaskiem rzucając drzwi za sobą.