Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/079

Ta strona została uwierzytelniona.

kiem, rekomenduje metodę: «umrzeć... zasnąć...» Inny badacz, nierównie zdolniejszy od królewicza Danii, Napoleon pierwszy, znał po królewsku stado ludzkie i zaczął je też gnać żelaznym kańczugiem według swojej woli.
— Ij... Czy to aby nie są jakie paradoksy?...
— To ci się tylko tak widzi, że paradoksy. Weźmy, proszę cię, takie tylko zjawisko, jak ludzką namiętność do pieniędzy. Czegóż to człowiek dla nich nie poświęci? Wskaż mi tę świętość, tę cnotę, to prawo... Przedstawię ci zresztą jeden kawał, który całą rzecz wytłumaczy. Był tu, może pamiętasz, na szosie warszawskiej farbiarz, stary Miller z Niemców, z Czechów, czy z jakichś tam dyabłów, dość, że miał gruby kapitał. Siedział tu nad rzeczką całe życie w swej nędznej budzie, gołemi kolanami świecił, a grosz do grosza ciułał. No, uważasz, bracie, sztyrbnął ten Miller. Testamentu żadnego, familii ani na lekarstwo, a w samym tylko banku warszawskim leżało gotiu ośmdziesiąt tysięcy rubli. Cóż się nie robi... Mamy tu w mieście rozmaite rybki, między innemi jest pewien pokątny doradca, istny geniusz, pan Kołpacki Hilary. Już go sądy wielokrotnie prosiły siedzieć, ale to nic. Business precz robi. Pan Hilary, pan Siapsia Kirszenbaum, oraz pan Nuchym Poniedziałek zeszli się skromnie w handelku Gwaździckiego, ucięli małą radę — i cicho sza. Zaraz następnego dnia zjawił się kuzyn nieboszczyka Millera, urzędniczek, czy kolejarz. Skądś, bestyjka, wylazł z Pabjanic, czy z Łodzi, słowem — ukazał się w żałobie. Przyjechał z wielkim płaczem oglądać jedyne pamiątki po stryjaszku. Towarzyszyli mu w tej smutnej