Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/117

Ta strona została uwierzytelniona.



VI

Nazajutrz rano pan Jan udał się z odwiedzinami do chorego lekarza wcześniej, niż zezwalał obyczaj. Wpuszczony do mieszkania zastał je w daleko większym nieładzie, niż dnia poprzedzającego. Sala i gabinet zarzucone były mnóstwem sprzętów i mebelków, przyniesionych z innych okolic lokalu, a nawet bodaj ze składu i spiżarni. Minąwszy je, Raduski wszedł z cicha do pokoju sypialnego. Chory spał dziwnym snem, więcej przypominającym śmiertelne wyczerpanie się samych cierpień, niż szczęśliwe zapomnienie o nich. Strasznie blada i chuda twarz jego leżała na poduszce bez władzy, jak głowa trupa, doły oczne czerniały, niby jamy i tylko jęk, wydzierający się z ust otwartych razem z oddechem świadczył, że w tem ciele życie jeszcze nie ustało. Przy sofie doktora, z tej strony, w którą zwrócona była twarz jego, leżał na ziemi materac nieokryty prześcieradłem. Górny brzeg poduszki dotykał prawie brody chorego. Jasno niebieska, lekka, atłasowa kołdra leżała obok.
— Któż to śpi tutaj? — cichym szeptem spytał się Raduski służącej, która na palcach szła za nim.
— Pani, — odrzekła dziewczyna równie cicho.