Wszystko wróci do normy.
Ach, — gdzież tam!
Złożę tu w pańskie ręce niepisany akt między nami dwoma, że mię ona — (szeptem) — nigdy, nigdzie nie zobaczy za życia. Taka będzię moja szczera wola. To nie ze strachu przed panem, nie dla przebłagania pańskiego gniewu, lecz dla tego, mój mości panie, któryś tu grubo hałasował, że takie są moje obyczaje.
Na nic mi to, na nic! To ze wszystkiego najgorsze. Cóż to pomoże, choćbyś pan znikł i przepadł, jak mara? Będzie marę kochała! Marę właśnie! Wyolbrzymiejesz na półboga! Będzie za marą tęskniła aż do śmierci. Ja ją dobrze znam. Ja wiem. Ach, a po tej dzisiejszej scenie, kiedy się domyśli, żeśmy taki pakt zawarli. A domyśli się tajnym zmysłem wszystkiego, lepiej, niżby na własne uszy słyszała.
Sam pan widzisz. Cóż ja więcej mogę zrobić?
W istocie. Pan już nic więcej nie możesz zrobić. Chyba ja sam.
Co?
Zabiorę ją, zabiorę dziecko i wyjadę, dokąd oczy