Strona:PL Stefan Żeromski - Walka z szatanem 03 - Charitas.djvu/362

Ta strona została przepisana.

Jasiołd, nie rozwierając powiek, mruknął:
— Ej, ty, żandarm!
Aś?
— Wyprowadź pana!...
Cztoż, barin, pojdiom, cztoli? — uśmiechnął się ironicznie podoficer, wyszczerzając swe zdrowe zęby.
— Idę już... — mówił pan Granowski, ścierając rosę kroplistych łez, która mu twarz zalała.
Czudak!... — westchnął żandarm w korytarzu, zamykając drzwi izby na doskonały zamek.


We dwa dni później pan Granowski usłyszał na korytarzu swego mieszkania ciche, charakterystyczne ostróg pobrzękiwanie. Tenże podoficer żandarmeryi stanął we drzwiach i rzekł z ukłonem, jakby dawał znać o potocznem zdarzeniu, iż rodstwiennik“ w nocy zakończył życie. Pan Granowski pojechał do szpitala niezwłocznie. Nie stawiano mu już teraz trudności i odrazu mógł wejść do owej szpitalnej celki. Zwłoki Włodzia Jasiołda były już ubrane w legionową kurtkę, spodnie i buty. Białe jego ręce leżały złożone na piersiach. Nikt mu z żandarmów nie zamknął oczu, ani ust. Te usta małe się stały, jak u dziesięcioletniego chłopaczka, a prześliczne, równe zęby świeciły się w nich, jak szereg kryształów białego lodu. Śmiertelnie blada skóra górnej i dolnej wargi pokryła się najdelikatniejszym mchem młodocianego zarostu. Stary człowiek nachylił się i patrzał w źrenice, szeroko w oczach rozpłynięte, obrócone w stronę