Strona:PL Stendhal - Pustelnia parmeńska tom I.djvu/81

Ta strona została skorygowana.

— Boli mnie jedynie, rzekł do wachmistrza, moja dawna rana w rękę.
Huzar zraniony przez wachmistrza konał.
— Bierz-że go czart! wykrzyknął pułkownik. — Ale, rzekł do wachmistrza i dwóch nadbiegających żołnierzy, zajmijcie się tym chłopczyną, którego naraziłem tak nieopatrznie. Ja zostanę sam przy moście i spróbuję powstrzymać tych opętanych. Zaprowadźcie chłopca do gospody i opatrzcie mu ramię, weźcie jedną z moich koszul.

V

Całe to zajście nie trwało ani minuty. Rany Fabrycego okazały się lekkie; owinięto mu ramię bandażem z koszuli pułkownika. Chciano mu posłać łóżko na pierwszem piętrze gospody.
— Ale, rzekł Fabrycy, gdy ze mną będą się tu cackali na pierwszem piętrze, mój koń znudzi się w stajni sam i odjedzie sobie z innym panem.
— Wcale nieźle jak na rekruta, rzekł wachmistrz. Zaczem ułożono Fabrycego na świeżutkiej słomie w samym żłobie, do którego przywiązany był jego koń.
Widząc, że Fabrycy jest bardzo słaby, wachmistrz przyniósł mu czarkę grzanego wina i wdał się z nim w gawędę. Parę wplecionych w tę rozmowę pochwał sprawiło, że nasz bohater znalazł się w siódmem niebie.
Fabrycy obudził się aż o świcie; konie rżały i robiły wściekły łomot; stajnia pełna była dymu. Zrazu Fabrycy nie rozumiał przyczyny hałasu i nie wiedział nawet gdzie jest; wreszcie, wpół zdławiony dymem, wpadł na myśl, że to może dom się pali. W mgnieniu oka znalazł się na dziedzińcu i na koniu. Podniósł głowę: dym buchał z okien nad stajnią; dach był cały w kłębach czarnego dymu. Setka uciekających przybyła w nocy do gospody pod Białym