Strona:PL Stendhal - Pustelnia parmeńska tom II.djvu/128

Ta strona została przepisana.

— Żegnam pana, rzekła, czy mogę panu zdać się na co w Parmie?
— Niech pani pomyśli czasem o tem: zadaniem mojem jest budzić serca i nie dać im usnąć w fałszywem i niskiem szczęściu, jakie daje ustrój monarchiczny. Czy usługi, jakie oddaję rodakom, warte są stu franków miesięcznie? Nieszczęściem mojem jest to, że kocham, rzekł bardzo łagodnie; — od dwóch lat, dusza moja zajęta jest tylko panią, ale dotąd widywałem panią, nie strasząc cię. — To rzekłszy, uciekł z chyżością, która zdumiała księżnę i uspokoiła ją. Żandarmi nie łatwo go dogonią, pomyślała; w istocie, to warjat.
— To warjat, — powiedziała jej służba; wiemy oddawna, że biedaczysko kocha się w jaśnie pani; ilekroć pani jest tutaj, widzimy go jak błądzi po leśnych wzgórzach, skoro zaś pani odjedzie, przychodzi siadać w miejscach w których pani się zatrzymała: zbiera kwiaty które opadły z pani bukietu i przechowuje je długo przypięte do dziurawego kapelusza.
— I wyście mi nie mówili o tych szaleństwach, rzekła księżna niemal z wymówką.
— Baliśmy się, aby jaśnie pani nie powiedziała o tem panu ministrowi Mosca. Biedny Ferrante jest taki dobry! nigdy nie zrobił nikomu nic złego, a na śmierć skazali go za to, że kocha naszego Napoleona.
Nie powiedziała ministrowi o tem spotkaniu, że zaś, od czterech lat, była to pierwsza tajemnica przed nim, dziesięć razy musiała sobie przerywać w ciągu zdania. Wróciła do Sacca z zapasem złota, ale Ferrante nie zjawił się. Wróciła w dwa tygodnie później: Ferrante szedł za nią jakiś czas, przekradając się lasem o sto kroków, poczem spadł na nią z chyżością jastrzębia i rzucił się jej do kolan, jak pierwszym razem.
— Gdzie pan był przed dwoma tygodniami?
— W górach, za Novi; rabowałem mulników wracających z Medjolanu.