Strona:PL Stendhal - Pustelnia parmeńska tom II.djvu/246

Ta strona została przepisana.

pozatem miała miljon posagu) i że margrabina jest o nią zazdrosna. Ponieważ, ze swoim wiecznym uśmiechem i bezmierną wzgardą dla wszystkiego co nie jest szlachtą, Gonzo wciskał się wszędzie, zaraz nazajutrz przybył do salonu margrabiny, z piórem przypiętem w tryumfalny sposób, jak się to mu zdarzało raz lub dwa razy w roku, kiedy książę powiedział doń: Bądź zdrów, Gonzo.
Skłoniwszy się z szacunkiem margrabinie, Gonzo nie usiadł jak zazwyczaj na fotelu, który mu podano. Stanął w środku i wykrzyknął prosto z mostu: „Widziałem portret monsignora del Dongo“. Klelja była tak zaskoczona, że musiała się oprzeć o fotel; próbowała stawić czoło burzy, ale niebawem opuściła salon.
— Trzeba przyznać, mój dobry Gonzo, że jesteś bardzo nie zręczny, krzyknął nań z góry pewien oficer, dojadający czwarte lody. Jak możesz nie wiedzieć, że koadjutor, który był jednym z najdzielniejszych pułkowników Napoleona, wypłatał niegdyś haniebnego figla ojcu margrabiny, wymykając się z cytadeli, które dowództwo miał generał Conti.
— Nie wiem, w istocie, wielu rzeczy, drogi kapitanie; jestem biedny głupiec, który wciąż strzela bąki.
Ta odpowiedź, w smaku czysto włoskim, rozśmieszyła towarzystwo kosztem świetnego oficera. Margrabina wróciła niebawem uzbroiła się w odwagę, nie wolną od nadziei, że i ona będzie mogła podziwiać portret Fabrycego, który tak chwalono. Wspomniała z zapałem o Hayezie, który go wykonał. Bezwiednie słała urocze uśmiechy w stronę Gonza, który złośliwie spoglądał na oficera. Ponieważ inni dworacy oddawali się tej samej przyjemności, oficer uciekł, ślubując śmiertelną nienawiść Gonzowi; ten tryumfował wieczorem zaś, kiedy się żegnał z panią domu, otrzymał zaproszenie na jutrzejszy obiad.
— Nowa historja, wykrzyknął Gonzo po obiedzie, kiedy służba wyszła; co się nie dzieje: nasz koadjutor zakochał się w małej Marini!...