Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/102

Ta strona została przepisana.


Sieroty nagle poruszyły się, obróciły do żołnierza swoje miłe twarze, pełne jeszcze trwogi, wzruszenia, i, w uniesieniu pełnem wdzięku, obie wyciągnęły ku niemu ręce, wołając:
— To ty jesteś... Dagobercie... jesteśmy ocalone...
— Tak, moje dzieci... to ja jestem, — rzekł żołnierz, biorąc ich ręce, i ściskając je z radością. — Czy w mojej nieobecności tak mocno lękałyście się?
— Ot, wielceśmy się lękały... małocośmy nie poumierały...
— Gdybyś wiedział... mój Boże... gdybyś wiedział...
— A lampa, czy zgasła? Dlaczego?
— To nie z naszej przyczyny...
— Nie wiemy...
— Cóż więc, uspokójcie się, biedne dzieci, i powiedzcie mi, co to było... Ta oberża zdaje mi się niebezpieczna... Wkrótce też opuścimy ją... Przeklęty los wprowadził mnie do niej.. Ależ niema drugiej w mieście... Cóż to było, co tu zaszło?
— Ledwo odszedłeś... aż oto okno gwałtownie się otworzyło, lampa spadla z wielkim łoskotem.
— Wtedy już straciłyśmy odwagę, objęłyśmy się rękami, z krzykiem, gdyż usłyszałyśmy, że ktoś chodził po izbie.
— I tak przelękłyśmy się, iż słabo się nam zrobiło...
Dagobert sądząc, że to gwałtowny wiatr stłukł był już szyby i oderwał okno, był tego przekonania, że źle zamknął okiennice, i drugi ten przypadek przypisał tej samej przyczynie, co i pierwszy, i dlatego sądził, że przywidziało się tylko przelęknionym sierotom.
— Wreszcie, skończyło się już, nie myślmy o tem, uspokójcie się, — mówił im.
— Ale, ty, dlaczego tak spiesznie poszedłeś od nas... Dagobercie?
— Tak, tak, teraz sobie przypominam; nieprawdaż, siostro, słyszałyśmy wielki krzyk, i Dagobert pobiegł po