Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/106

Ta strona została przepisana.


dzących, gdyż słyszeć się dał głos rozgniewanego oberżysty:
— A zawołajże tam przecie, hej!... zawołajcie na swego psa... albo powiedzcie mu, że pan burmistrz idzie...
— Dagobercie., czy słyszysz... burmistrz? — rzekła Rózia.
— Ktoś tu idzie... mówiła Blanka.
Na słowo: burmistrz, wiszystko sobie przypomniał Dagobert, uzupełniło to, iż tak powiem, obraz okropnego położenia. Koń zdechł, niema papierów, ani pieniędzy, niema możności wyruszyć w podróż, a jeden tylko dzień zwłoki, pozbawić mógł ostatniej nadziei obie siostry i uczynić bezowocną długą i przykrą podróż.
Mocnego hartu ludzie, a właśnie do takich się zaliczał żołnierz, wolą wielkie niebezpieczeństwa, położenia groźne, ale oczywiste, jak owe niepewne udręczenia, zwykłe poprzedniki nieszczęścia...
Dagobert, obdarzony zdrowym rozsądkiem, szlachetnie się poświęcający, pojmował, że jedyny ratunek był dla niego w sprawiedliwości burmistrza, i że wszelkie usiłowania swoje zwrócić mu wypadało na to, aby ująć sobie przychylność tego urzędnika; otarł więc oczy prześcieradłem, leżącem na łóżku, wstał, wyprostował się, i spokojnie rzekł do sierot:
— Nie lękajcie się niczego... moje dzieci, bądźcie spokojne, pewne; to idzie nasz zbawca.
— Chodźże, zawołaj i uwiąż swego psa — krzyczał ciągle oberżysta, wstrzymany na schodach szczekaniem Ponurego, który, jako czujny stróż, ani na krok zbliżyć się mu nie dozwalał. — Ten pies oszalał... Czy nie dosyć już narobiłeś nieszczęścia w moim domu? — Mówię ci, że pan burmistrz ciebie zkolei chce badać, bo już wysłuchał Moroka.
Dagobert przygłaskał ręką swoje siwe włosy i wąsy, zapiął pod szyję swoją opończę, oczyścił rękawy, aby