Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1071

Ta strona została przepisana.


macając puls Rodina. — Otóż już masz puls, jak należy pewny, porządny, regularny, płuca wolne. Skutek operacji jest zupełny: już będziesz zdrów...
W tej chwili ostatnie włókna bawełny dopaliły się; odjęto trójnóżki i dały się widzieć na chudych piersiach Rodina cztery szerokie, zeskorupiałe rany. Pod zwęgloną, kurczącą się jeszcze skórą widać było czerwone żywe ciało...
Rodin spuścił oczy na te rany, przypatrywał się im przez chwilę w milczeniu, potem okropnie się uśmiechnął; wtedy, nie zmieniając położenia, rzuciwszy tylko z ukosa okiem na księdza d‘Aigrigny, rzekł mu, rachując powoli rany jednę po drugiej i palcem na nie wskazując:
— Księże d‘Aigrigny... jaka wróżba, proszę tylko patrzeć!... jeden Rennepont.. dwa Renneponty... trzy Renneponty... cztery Renneponty... — potem, umilkłszy — a gdzież jest piąty? Ach!.. to tu... ta rana liczy się za dwu... to bliźniak...
I potem uśmiechnął się.
— Tak, ja mówię, że ród bezbożnych na proch zostanie starty, podobnie jak kawałki mego ciała na popiół zostały spalone... Ja to mówię... to nastąpi... gdyż powiedziałem, że będę żył... i żyję.