Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1101

Ta strona została przepisana.


VI.
POCIECHA.

Zaraz po oddaleniu się Adrjanny, Agrykola, uklękłszy przy posłaniu Garbuski, rzekł jej z glębokiem wzruszeniem:
— Sami tu jesteśmy... mogę więc wynurzyć ci, co mam na sercu. Zastanów się tylko nad tem, coś uczyniła?... to straszna rzecz... umierać z nędzy... z rozpaczy... i nie wezwać mnie, nie dać mi znać o sobie...
— Agrykolo!... posłuchaj mnie...
— Nie... niema dla ciebie wymówki... Mój Boże... pocóż więc nazywać się bratem i siostrą, poco dawać sobie przez piętnaście lat najszczersze dowody przywiązania, a potem, w nieszczęściu być gotową umrzeć, nie pomyślawszy o tych, których się pozostawia... nie wspomniawszy, że odbierać sobie życie jest to samo, co powiedzieć im: niczem jesteście dla mnie?
I zwróciwszy się do Garbuski, która z coraz większem patrzyła nań zdziwieniem, rzekł jej wzruszonym głosem:
— Zbyt otwartym jestem; trudno jest znieść takie położenie; czynię ci wyrzuty, przyganiam ci... a sam nie jestem takim, jak ci mówię... wcale o czem innem myślę...
— O czemże, Agrykolo?
— Serce mi się kraje, gdy pomyślę, ile ci złego wyrządziłem.. Nie.... wszak prawda?... nigdy, w małych rzeczach? gdy, naprzykład, powodując się nieszczęsnym