Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1107

Ta strona została przepisana.


— Ta, ta sama... — odezwał się głos z powozu. — Teraz postąp ze dwadzieścia kroków, potem zatrzymasz się. Idź i zapukaj dwa razy po trzykroć w małą furtkę...
— A gdzież to, co miało być na wódkę? — krzyknął rozgniewany woźnica.
— Jak mnie zawieziesz na przedmieście Ś-go Germana, gdzie mieszkam, dam ci dobry traktament, jeżeli będziesz co dobrego.
— A teraz?
— Powiesz osobie, która ci otworzy — czekają na pana i przyprowadzisz ją tu do powozu.
— A czy mi go wszyscy d... nadali — rzekł woźnica — ten djabeł niemiecki ma jakieś szachrajstwa z masonami albo też z kontrabandzistami, bo jesteśmy tu blisko rogatki... wartoby go zaskarżyć za to, że mnie tu sprowadził aż z ulicy Vaugirard.
Zbliżywszy się do furtki, zapukał, jak mu zalecono, najprzód trzy razy, potem przestał, i znowu trzy razy. Otworzyły się drzwi, woźnica ujrzał wychodzącego furtką mężczyznę średniego wzrostu, okrytego płaszczem, mającego na głowie kolorową czapkę. Mężczyzna ten postąpił dwa kroki na ulicę, furtkę za sobą zamknąwszy na klucz.
— Czekają na pana — rzekł mu woźnica — mam zaprowadzić pana do powozu.
I, idąc przed mężczyzną, który odpowiedział mu skinieniem głowy, zaprowadził go do dorożki.
I zaczął się przechadzać wzdłuż muru, w którym była furtka. W kilka minut usłyszał wdali turkot powozu, który się wreszcie zbliżył i, szybko dostawszy się na wzgórze, zatrzymał się w niedalekiej odległości z drugiej strony drzwi ogrodowych.
— Otóż masz! prywatny powóz — rzekł woźnica — konie dzielne, dobrane, wleciały pędem jak strzała po tej przykrej spadzistości ulicy Białej.
To mówiąc, zwrócił się i podszedł do przybyłego po-