Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1135

Ta strona została przepisana.


VI.
AGRYKOLA BAUDOIN.

Ksiądz d‘Aigngny, z trudnością hamując gniew, rzucał groźne i złośliwe spojrzenia na Agrykolę, a zarazem z niepokojem spoglądał na drzwi, jakby lękając się wejścia drugiej osoby, której obecności także się obawiał. Kowal spojrzawszy na swego dawnego pana, cofnął się z bolesnem zdziwieniem... blade wychudłe rysy twarzy pana Hardy przejęły go politowaniem, pomieszanem z gniewem.
Agrykola nie wiedział jeszcze, jak się zmieniła moralna strona nieszczęśliwego pana Hardy, jego dobrego i wspaniałego pana!... Ksiądz d‘Aigrigny pierwszy przerwał milczenie i, z przyciskiem wymawiając każde słowo, rzekł do siwego lokatora:
— Pojmuję, mój kochany synu, że po stanowczem, koniecznem życzeniu twojem, nieprzyjmowania tego... pana.... widok jego przykre na tobie czyni wrażenie... spodziewam się więc, że przez uszanowanie... albo chociaż przez wdzięczność ku tobie... zacny ten człowiek (i wskazał na kowala) oddali się i położy koniec tej nieprzyzwoitej scenie, która i tak zbyt długo się przeciągnęła.
Agrykola nic nie odpowiedział księdzu, obrócił się do niego tyłem i, zbliżywszy się ku panu Hardy, na którego spoglądał przez kilka chwil z czułą milością, rzekł:
— Ach, mój Boże!... jakżem szczęśliwy, że pana widzę, chociaż na twojej twarzy maluje się jeszcze głębokie