Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/114

Ta strona została przepisana.


wsi konia... A nawet, przyznam się panu, że gdyby mi się zdarzył mały osiołek... nie pogardziłbym nim wcale...
— O jakiej to sumie i o jakim osiołku mówicie mi? Powiedziałem wam, że nic nie zapłacicie Morokowi, ale i on wam również nic nie zapłaci.
— On mi nic nie zapłaci?
— Jak widzę, macie głowę słabszą, aniżeli myślałem; powtarzam wam, że jeżeli zwierzęta Moroka zadusiły waszego konia, to i Morok został mocno zraniony... Więc kwita... albo, żebyście lepiej zrozumieli, powiadam: wy jemu nic nie winniście i on wam także nic nie winien... Rozumiecie?
Żołnierz, zdumiony, stał przez chwilę nic nie mówiąc, tylko, głęboką boleścią zdjęty, patrzył na burmistrza; widział znowu, że taki sąd pozbawia go wszelkiej nadziei.
— Ależ, panie burmistrzu — odpowiedział mocno zmienionym głosem, — zbyt sprawiedliwy jesteś, abyś nie miał na względzie jednej okoliczności... rana pogromcy zwierząt nie przeszkadza mu trudnić się dalej rzemiosłem... zaś utrata mego konia pozbawia mnie możności udania się w dalszą podróż; wypada więc, aby mię wynagrodził...
Sędziemu zdawało się, że wiele uczynił dla Dagoberta, gdy go nie pociągał do odpowiedzialności za ranę Moroka, który, jakeśmy powiedzieli, wywierał pewien wpływ na tamecznych mieszkańców, a nadewszystko na ich żony; nadto wiedziano, że go protegują różne znakomite osoby. Dlatego to naleganie żołnierza obraziło burmistrza, który przybrał wyniosły ton i rzekł poważnie:
— Jak widzę, zmuszasz mnie do żałowania mej bezstronności. Jakto? zamiast podziękować mi, więcej jeszcze żądasz?
— Ależ, panie burmistrzu... to, czego się domagam, słusznie mi się należy... chciałbym być ranny w rękę, jak Morok, bylebym mógł dalej ruszyć w podróż.