Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/118

Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ XV.
WYROK.

Morok trzymał rękę na chustce; wszedłszy poważnie po schodach, skłonił się z uszanowaniem burmistrzowi.
Róża i Blanka, przestraszone widokiem twarzy pogromcy zwierząt, cofnęły się o krok i zbliżyły się do żołnierza.
Czoło Dagoberta zachmurzyło się, uczuł znowu, jak z gniewu na Moroka krew w nim burzyć się zaczynała, uważał go bowiem za sprawcę swych okrutnych kłopotów, choć nie wiedział nawet, że, z namowy Moroka, Goljat wykradł mu pugilares z papierami.
— Czego chcesz, Moroku? — rzekł buimistrz do pogromcy zwierząt, z miną napół łagodną, napół frasobliwą.
— Powiedziałem oberżyście, że chcę tu być sam.
— Przychodzę wyświadczyć ci przysługę, panie burmistrzu.
— Przysługę?
— Wielką przysługę, w przeciwnym razie nie byłbym się ośmielił przerywać ci, ale przyszedł mi na myśl pewien skrupuł. Tak jest, panie burmistrzu, miałem sobie do wyrzucenia, żem ci jeszcze nie powiedział wszystkiego o tym człowieku; zdjęła mnie fałszywa litość.
— Więc cóż masz mi do powiedzenia?