Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/1183

Ta strona została przepisana.


Cóż było robić? wyzwać pana Havrincourt byłoby szaleństwem; przyzwoitość nakazywała mi przerwać tę rozmowę która aż nadto widocznie potwierdziła moją obawę. Czy znajduję przynajmniej jaki odpoczynek, jakie szczęście w mym domu? nie. Powracam do niego, już czekają na mnie bezimiennie, nikczemne listy, a nadto — dodał marszałek z bólem, — a nadto, zastaję własne dzieci, coraz bardziej dla mnie obojętne, ozięble... Tak — mówił, widząc zdumienie Dagoberta — a z tem wszystkiem nie wiedzą, jak mi są drogie.
— Panie generale!... pańskie córki... obojętne! — rzekł Dagobert osłupiały — pan im czynisz taki zarzut?
— Ty ich bronisz... słusznie czynisz, bardzo sprawiedliwie... bo też one bardziej kochają ciebie, aniżeli mnie — mówił marszałek z coraz większym żalem. — Tysiąc razy zazdrościłem ci, tak, boleśnie — zazdrościłem czułej ufności, jaką ci okazywały moje dzieci, kiedy tymczasem przy mnie są zawsze lękliwe, nieśmiałe. — Potem, widząc Dagoberta, biegnącego do drzwi, prowadzących do pokoju Róży i Blanki, zapytał go marszałek:
— Dokąd idziesz?
— Idę do córek pana generała.
— A to po co?
— Chcę je przyprowadzić przed pana generała i powiedzieć im wtedy: Moje dzieci, wasz ojciec myśli, że go nie kochacie... Prócz tego nic więcej im nie powiem... a wtedy przekonasz się, panie generale...
— Pozostań tu — rzekł marszałek tak stanowczym tonem iż przywykły do posłuszeństwa żołnierz spuścił oczy i z miejsca się nie ruszył. — Co chcesz uczynnić? powiedzieć moim córkom, iż zdaje mi się, że mnie nie kochają? wzbudzić w nich tym sposobem udawaną tkliwość, której te biedne dzieci nie czują... nie ich to wina... bezwątpienia ja temu jestem winien.
— Ach! dla Boga, panie generale — zawołał Dagobert — jeżeli tak traktujesz sprawę... racz zauważyć, że